Kategorie: Wszystkie | Argentyna | Brazylia | Hiszpania | Portugalia | Reszta Świata
RSS
poniedziałek, 08 lutego 2010

Na ten mecz czekała cała Brazylia. Po latach gry w Realu Madryt i Manchesterze City, Robinho wreszcie zagrał w barwach Santosu.

Wiele się nie nagrał, bo ledwie pół godziny, ale za to strzelił gola decydującego o wygranej Santosu. I to jak, piętką!

 

 

Wygrana Santosowi nie przyszła jednak aż tak łatwo jak możnaby wnosić z łatwości, z jaką Robinho strzelił bramkę. Chociaż przyznać trzeba, że była w pełni zasłużona. Do przerwy "Peixe" prowadzili wprawdzi 1-0 po golu z karnego Neymara (18-letni szczeniak strzelił sławnemu Rogerio Ceniemu "paradinhę").

Ale prawda jest taka: karny się nie należał! Żadnego faulu na Arouce nie było. Gracz Santosu po prostu nabrał arbitra, który dał się zrobić w balona.

Wprawdzie w strzałach na bramkę Santos wygrał 8-3, w posiadaniu piłki 61-39, ale KARNEGO DOSTALI W PREZENCIE.

Santos był szybszy, Santos miał pomysł na ogrywanie rywala. Grająca w ustawieniu 4-4-2 drużyna Dorivala Juniora zaimponowała wzorowym przygotowaniem taktycznym.

Boczni obrońcy (Leo i przesunięty z ofensywy - lecz kapitalnie sobie w nowej roli radzący - Wesley) nie dali szans skrzydłowym Sao Paulo, sami zaś odważnie atakowali wolnymi korytarzami na połowie rywala.

Sampa wrócili znów do 3-5-2 i znów wyszło kiepsko. To właśnie katastrofalny dobór skrzydłowych i przesunięcie na pozycję ofensywnego pomocnika Marcelinha Paraibę przyniosło klęskę w 260 klasyku przeciwko Santosowi.

Marcelinho kręcił się po boisku zupełnie nie wiedząc jak przysłużyć się partnerom. Co rusz, wpychał się w akcje, które - przejmując futbolówkę - zwalniał. Chwilami odnosiłem wrażenie, że MP już nie bierze udziału w zawodach, tak skromnie prezentował się do przerwy.

Gorzej było tylko na lewej flance, gdzie Ricardo Gomes znów ustawił Jorge Wagnera. JW ma już 32 lat, do tej pory nie dał się poznać jako sprinter, a już na pewno nie jako człowiek o podwójnych płucach. Ba, już w poprzednim sezonie walczył o miano najwolniej poruszajacego się po boisku gracza Sao Paulo.

Ustawić na flance jednego faceta, który jest wolny niczym stoper, mało zwrotny, a do tego daleko mu do wydolnościowych rekordów Maicona czy Daniego Alvesa? Toż to prawdziwy sabotaż! I takowego właśnie dopuścił się Ricardo Gomes.

 

II połowa

Po pauzie wydawało się, że trener przejmuje kontrolę nad drużyną. Kilka dobrych akcji (tak samo jak na początku pierwszej połowy) uskutecznił Hernanes, który był w przekroju całego meczu najlepszym graczem FC Sao Paulo.

Do drugiej lini, na prawą pomoc przeszedł Jean, zaś Jorge Wagner zajął miejsce na lewej obronie, natomiast Marcelinho na lewej pomocy. Czyli powrót do testowanego od początku roku 4-4-2.

I może nawet coś by z tych nowych pomysłów wyszło, gdyby nie kiepska gra napastników. Dagoberto spóźniał się za akcjami Hernanesa, Washington za to wikłał się w dryblerskie popisy, które za każdym razem przegrywał, bo przecież jest graczem do odgrywania piłki i kończenia akcji, a nie rozrywania obrony rywala. Dziś, kiedy ma 35 lat widać to jeszcze jaskrawiej...

Washington na ławę, za niego Cleber Santana, Dagoberto na ławę za niego Roger. Początkowo wydawało się, że trener kapitalnie czyta grę i poprawia błędy drużyny po mistrzowsku. Bo jeśli napiszę, że Roger strzelił efektownego gola 15 sekund po wejściu na boisku to dowód jest to mocny.

Ale radość w Sao Paulo nie trwała długo. W Santosie na boisku pojawił się Robinho, który zluzował mniej widocznego Andre.

Szybciutko okazało się, że mając w ofensywie jego, Neymara i Ganso... trudno będzie stracić piłkę.

Tymczasem Cleber Santana poszedł w ślady Marcelinha i również snuł się po boisku nie mogąc sobie znaleźć sensownej roboty. A jakby tego było mało, znać było u niego braki w przygotowaniu fizycznym. Nie potrafił dryblingiem zostawić za plecami rywala, a większość pojedynków o piłkę przerywał faulami.

Gomes musiał zatem zdjąć Marcelinha... ale nie wstawił do gry Marlosa, lecz Leo Limę! Po co kolejnego środkowego pomocnika? Nie mam bladego pojęcia.

I to właśnie tym nieobsadzonym skrzydłem Santos wypuscił ową cudowną kontrę, którą Robinho sfinalizował bezczelnym strzałem piętą.

Jeśli dodam, że wespół z Neymarem miał jeszcze jedną "piętkową" akcję, po której mógł paść gol, to uznać trzeba, że powrót zaliczył naprawdę udany.

 

RG do zmiany?

A Sao Paulo? Cóż, w moim odczuciu problem mają ten sam co na zakończenie Brasileirao: kiepski trener, który nie jest w stanie zdecydować się jakim gra ustawieniem.

Testuje na słabszych rywalach 4-4-2, po czym na ważny mecz wraca do 3-5-2 z parą skrzydłowych, którzy nie nadają się do tej roboty w druzynie, która ma zamiar wywalczyć mistrzostwo i Copa Libertadores za jednym zamachem.

Popatrzcie na Leo Mourę, Evertona, Jonathana, Marcio Fernandesa i innych. To są charty, które zasuwają w te i we te. Jean jest graczem znakomitym w odbiorze piłki, lecz nie jest chartem. Jorge Wagner kapitalnie centruje, potrafi kropnąć z dystansu (tak jak i Jean), ale biega nieco szybciej od piszącego te słowa i do tego nie jest w stanie wytrzymać prędkosci sprintu na dłuższym niż kilkanaście metrów dystansie.

Sao Paulo brakowało lekkości, dynamiki, gry na jeden kontakt praktycznie w ogóle nie próbowali. Grali ciężko jak reprezentacja RFN za czasów Hrubescha czy Rummeniggego. I pomyśleć, że na ławce plaszczył cztery litery kapitalny Marlos, kiedy Marcelinho i Jorge Wagner dawali popis nieudolności w wlace z szybkim jak wiatr Wesleyem...

A co z Wellingtonem, a co z tymi wszystkimi młodziakami, którzy wygrywają "copinhę", wypełniają notatniki menadżerów z Europy, jeżdżą z młodzieżowymi reprezentacjami Brazylii... tylko Gomesowi do niczego się nie nadają.

Tuż przed meczem dyrektor sportowy Sampy zdradził, że nowy skrzydłowy dojdzie do drużyny jeszcze w tym tygodniu.

Tylko po co? A nie warto zaufać młodzieży jak czyni to co jakiś czas w imponującym stylu Santos? W końcu młodziaki z Morumbi na ogół leją santosiaków!

FC SP w tym sezonie weszli w buty Corinthiansu i co rusz ściągaja wysłużonych najemników, którzy za pół roku trafią już do innej ekipy.

A może zamiast wydawać pieniądze na kolejnych oldbojów, oszczędzić na sowicie opłacanym Ricardo Gomesie, nie potrafiącemu zbudować systemu gry, nie wiedzącemu, kto i co ma na boisku robić?

Podczas Brasileirao ściągnięty z Francji szkoleniowiec narzekał, iż nie potrafił w trakcie rozgrywek skutecznie narzucić zawodnikom nowych zadań taktycznych.

Miał półtora miesiąca przerwy po sezonie aby wpoić graczom teorię swojego systemu, zagrał sześć przeciętnych meczów ze średniakami, żeby jeszcze ją przetestować... po czym w prestiżowym meczu, drugi raz się poddał. Toż to kompletny brak konsekwencji, która jest matką sukcesu w sporcie!

 

Robinho

Santos wygrał, Robinho wrócił jak na króla efektownego futbolu przystało. Kilkoma akcjami pokazał, że z gry w Realu i MC wyniósł nowe nawyki, które pięknie obrazowały dojrzewanie tego futbolowego magika.  Kiedy rywal rozgrywał piłkę na swojej połowie napastik zamykał korytarze do najprostszych podań do najbliższych partnerów, zmuszając do grania długim i zwykle niecelnym podaniem.W ataku pozycyjnym miast szarżować na dwóch, trzech rywali, umiejętnie ściągał jedynie ich uwagę, by grać szybko piłkę do Wesleya, Neymara czy PHL. Mało tego, pedalady ani jednej nie uskutecznił, ale i tak wykonał akcję meczu.

Ech futbolowi geniusze, jak dobrze Was mieć w drużynach!

 

PS. Pierwszy tydzień z Robinhem w Brazylii na tym blogu zakończyłem. Wracał, pocił się, aż wreszcie wrócił na dobre.... a jeszcze u Galvao Bueno ogłosił, że chce jechać na mundial i grać na nim pierwsze skrzypce!

02:17, brasileirao , Brazylia
Link Komentarze (2) »
piątek, 05 lutego 2010

Dziś 100 lat kończy jedyny żyjący jeszcze, argentyński uczestnik pierwszego mundialu w Urugwaju w 1930 roku. Francisco Varallo jest jedną z legend Boca Juniors. Grał w jednym ataku z legendą latynoskiego futbolu Delfinem Benitezem Caceresem.

Dla Boca nastrzelał 180 goli w 209 meczach! W reprezentacji Argentyny oprócz wicemistrzostwa świata z 1930 wygrał też Copa America w 1937. Trzy lata potem - wskutek kontuzji - musiał zakończyć kontuzję.

Dziś w zdjęciach przypomina tego tytana - którego niedawno zdetronizował w liczbie goli dla Boca Martin Palermo - El Grafico

 

10:54, brasileirao , Argentyna
Link Komentarze (2) »

Jak nie Robinho to Neymar. W każdym razie Santos. Meczu z Santo Andre nie widziałem, więc pisać o nim nie będę (w przeciwieństwie do kolegów, którzy Juninha też nie widzieli w akcji, ale dużo o nim piszą bo fajne gole są w youtubie - kiedyś ów problem rozwinąłem przy okazji transferu Douglasa Costy).

Jedyne co mogę napisać to: gol Neymara był naprawdę fajny:)

Aha, udział Robinha w meczu z Sao Paulo tak naprawdę nie jest potwierdzony.

 

10:09, brasileirao , Brazylia
Link Komentarze (2) »
wtorek, 02 lutego 2010

W zasadzie tekst miał być o czymś innym, ale żona podała gruszki w sosie winnym z wanilią i cynamonem więc nie będę pastwić się nad Niemcami:)

Kiedy zajadałem sobie ów pyszny deser przyprawiony kleksem sera homogenizowanego z cholernie gęstą śmietaną, zerkałem jak spala swoje kalorie Robinho, którego już w niedzielę będę komentować w klasyku przeciwko Sao Paulo.

Pięknie, Robciu, pięknie! Taa, ma rację Król Pele, że (piszę z paszczą pełną słodkiego smakołyku) trochę nadwagi na brzuszku widać. Ale pięknie sobie ta santosowa gazela trenuje, a ja cieszę się, że 1000 kalorii w te czy w tamtą różnicy mi nie robi.

W końcu koszulki "Robinho 7" sprzedają w rozmiarze XXL.

Na dobranoc, zamiast walczącego z nadwagą Imperadora... walczący o wagę Robcio:)

 

23:04, brasileirao , Brazylia
Link Komentarze (6) »
niedziela, 31 stycznia 2010

Czytam co jakiś czas pana Rafała Steca. Czasem się zgadzam, czasem nie, ale lubię jego styl, a to w piśmiennictwie dla mnie ważniejsze jest od zgodności poglądów.

Otóż, RS napisał czas temu jakiś tekst o tym jak to AC Milan zgłębił sztukę obłaskawiania Brazylijczyków. Pozwoliłem sobie go skomentować na jego blogu. Lecz dziś rano przypomniało mi się zupełnie a propos, że ów wywód redaktora z GW jest po prostu słaby. Nie wytrzymuje bowiem krytyki, a już konfrontacji z faktami na pewno.

Ani Milan nie wymyślił prochu (od lat budują na Brazylijczykach w FC Porto, a w latach 90. całą plejadę Brazylijczyków ściagnęło do Europy Deportivo La Coruna, które wówczas, w brazylijskim składzie było jedną z lepszych ekip w Hiszpanii. Donato, Mauro Silva, Bebeto, Rivaldo, Emerson, Flavio Conceicao, Djalminha to tylko niektórzy z tamtej ekipy...).

Co więcej, Milan nie odkrył żadnego z graczy, kupuje bowiem zawsze gwiazdy reprezentacji dorosłej uznane w Europie - Leonardo, Cafu, Rivaldo, Ronaldinho, Emerson - lub jak w przypadku Pato diament do oszlifowania, albo reprezentantów Brazylii z pełną szafą trofeów latynomaerykańskich - Serginho, Dida, Roque Junior, Kaka.

Już Roma z Mancinim, Taddeim, Donim byłaby lepszym przykładem (JC Baptistę, Cicinha, Emersona w rzymskich barwach traktuję już jako sprawdzone indywidualności). Dwaj pierwsi w czasie, kiedy grali w Brazylii byli piłkarzami mało znanymi. I dopiero za sprawą gry w małych włoskich klubach zwrócili na siebie uwagę. Doni za to jest już prawdziwym "wynalazkiem" Romy, bowiem brazylijska opinia publiczna szerzej go poznała dopiero poprzez transmisje z Serie A!

O dobrych lub przyzwoitych transferach Juana czy wcześniejszych - Zago, Cafu, Paulo Sergio, Emersona czy Marcosa Assuncao - nawet nie wspomnę.

Ja jednak trochę o czym innym pisać mam zamiar. Bowiem RS natchnął mnie twórczo (co zawsze z przyjemnością wspomnieć należy-haha) do pewnej mini analizy.

Brazylia kontra Wielka Czwórka

Pomyślałem więc, a co będzie jeśli przypatrzymy się reprezentantom krajów z czterech najbogatszych lig świata?

Jak poradzili sobie zagranicą Niemcy, Hiszpanie, Anglicy i Włosi z dala od własnych lig? Jak wygladają na tle przybyszów z Ameryki Południowej. Europejczycy w końcu na bieżąco rywalizują ze sobą w pucharach, mistrzostwach Europy, eliminacjach do nich oraz eliminacjach do mundiali. Znają swój styl, mocne i słabe punkty.

Bo jeśli przyjąć, że wśród 1000 zawodników, którzy rocznie opuszczają Brazylię, aż 3/4 nie pochodzi z pierwszej ligi, to musimy uznać, że Europa i Azja (główne kierunki brazylijskiej ekspansji) karmią się głównie brazylijskich przeciętniakami. Coś jak z kanadyjskimi hokeistami w Niemczech albo ciemnoskórymi koszykarzami jak swiat długi i szeroki. Czyli dobry bo czarny i z USA. Albo jak Kanadyjczyk to musi grać w hokeja, podobnie jak Chińczyk w ping-ponga.

Natomiast brazylijskie gwiazdy, jak przystało na reprezentantów jedynej nacji, która wygrała 5 mundiali dominują wśród najlepszych - w Lidze Mistrzów. Są bowiem najliczniejszą nacją grającą w tych... europejskich rozgrywkach!

NIEMCY

Boom na niemieckich zawodników przypadł po 1990 roku. Upadek muru, połączenie lig z NRD i RFN wraz ze zdobyciem przez Niemców trzeciego mistrzostwa świata podziałało na wyobraźnię szefów klubów z bogatych lig we Francji, Italii i Hiszpanii (Anglia wówczas w cenie nie była po wykluczeniu klubów z europejskich rozgrywek za wywołanie tragedii na Heysel).

Mattheaus, Klinsmann, Haesler, Doll, Breheme, Riedle, Berthold, Moeller, Reuter, Effenberg, Kohler czy Voller grali w reprezentacji, w Bundeslidze mieli wyrobioną świetną markę.

W późniejszych latach połowa z w/w stanowiła ostoję drużyny, która wygrała Euro 96.

Nim doszło jednak do Euro, hurtem kupili ich Włosi, którzy wówczas mieli najsilniejszą i najbogatszą ligę na świecie. Myślę bardzo pozytywnie o tamtych niemieckich popisach i poza Moellerem i Kohlerem w Juventusie jakoś nie mogę sobie przypomnieć aby niemiecki zaciąg jakoś szczególnie przysporzył chwały Interowi, Romie czy Lazio albo Fiorentinie.

Klinsmann w Italii się nie sprawdził, dopiero u Wengera w Monaco wrócił do wysokiej formy. Mattheaus w Interze też nie wystawił sobie pomnika jak np. Zanetti, Bergomi czy Materazzi.

Wiecie kto w mojej opinii zrobił największą zagraniczną karierę spośród Niemców? Ten, który od niemieckiej piłki odciął się najszybciej, czyli Bernd Schuster! Opuścił RFN mając 21 lat dla Barcelony. Po 8 latach na Camp Nou przeszedł do Realu, a stamtąd do Atletico. To dopiero była kariera! Schuster w akcji był naprawdę graczem niezwykłym i spektakularnym!

Drugie miejsce w tej klasyfikacji zajął piłkarz zupełnie nieefektowny, lecz diablo skuteczny. Oliver Bierhoff - uważany w Niemeczech za niespełniony talent. Przejście tego 22-latka do Austrii Wiedeń było czytelnym sygnałem, że niemiecka czołówka (a próbowali go w HSV i Borusii MG) nie wróży mu kariery. Dobry sezon w Austrii zaowocował... kontraktem w Ascoli - drużynie błąkającej się między Serie A, B i C. Cztery lasta w tym klubie pokazują, że też nie od razu Bierhoff Italię podbił. Ba, kontrakt z II-ligowym Udinese dobitnie tą tezę potwierdza. Dopiero tytuł króla strzelców Serie B pozwolił mu w wieku 28 lat trafić do reprezentacji Niemiec. Dwa gole w finale przeciwko Czechom uczyniły zeń niemiecką gwiazdę! Lecz dopiero będąc 30-latkiem trafił do Milanu, gdzie ukoronował swoją karierę.

W ostatnich latach nikomu poza Jensem Lehmannem furory zrobić się nie udało. Dietmar Hamann utknął w Anglii jako jeden z wielu dobrych, ale wcale nie świetnych czy znakomitych defensywnych pomocników. Jancker w Udinese też kariery nie zrobił, podobnie jak Ziege w Milanie a potem Liverpoolu, Freund w Anglii, Odonkor i Hildebrand wraz z Hinkelem w Hiszpanii.

Smutna to konstatacja w kontekście krytycznych opinii panujących w Niemczech na temat obcokrajowców ściąganych do tego kraju.

Zabawne, że w porównaniu z Brazylijczykami przewijającymi się przez Bundesligę, bundesligowcy w Europie równie efektownie się nie zaprezentowali. Łatwo bowiem, wręcz jednym techem, wymienić Brazylijczyków, którzy przebojem zdobyli Niemcy: Ze Roberto, Emerson, Elber, Diego, Naldo, Julio Cesar, Dunga, Jorginho czy obecnie Carlos Eduardo.

ANGLICY

Z Anglikami jest jeszcze łatwiej. Anglik poza Wielką Brytanią kariery nie robi. Wyjątki potwierdzające regułę to Kevin Keegan pod koniec lat 70. w Hamburgerze SV czy Chris Waddle w Olympique Maryslia. Wiem, wiem, ktoś wspomni Glenna Hoddlea w Monaco i czy Marka Hateleya w Milanie, albo Davida Platta w Serie A w latach 90.

Lecz przypomnę, że zestawiamy WIELKIE KARIERY, pełne niezapomnianych meczów oraz cudownych wspomnień tysięcy kibiców. Nie sądzę aby poza pierwszym duetem jakikolwiek Anglik do czasu Davida Beckhama z ostatniego sezonu w Realu Madryt czegoś podobnego doswiadczył.

Michael Owen, Jonathan Woodgate, Des Walker, Tony Dorigo, Paulo Ince czy kochany w Anglii Paul Gascoigne karier poza Wielką Brytanią (bo już w Szkocji - tak) nie zrobili. Ba, nawet w Barcy pod wodzą Terry'ego Venablesa Gary Lineker też furory nie zrobił, choć trudno też pisać jakoby trzyletni pobyt w Katalonii okazał się dlań klapą.

Myślę, że z Anglikami jest nawet jeszcze gorzej niż z Niemcami. Adaptacja do stylu gry w Italii czy Hiszpanii im generalnie wychodzi. Jest tak zarówno w XXI wieku, jak i w czasach, kiedy Anglicy z racji banicji w europejskich pucharach często ruszali na kontynent aby skosztować zagranicznej piłki.

HISZPANIE

Hiszpan w Italii kariery jeszcze nie zrobił. A były już czasy, kiedy stawiał na nich Milan (przetestował ich czterech), był czas, kiedy Lazio płaciło za Hiszpana ponad 40 mln euro (Gaizka Mendieta z Valenci). W Niemczech pojawiają się rzadko i na ogół gracze mało znani, którzy za Łabą giną w jeszcze mniej znanych drużynach.

W ostatnich latach, za sprawą Rafaela Beniteza, cała plejada Hiszpanów trafiła do Anglii. I chyba jest to jedyny przypadek, kiedy piłkarze z kraju Butragenia i Michela podbijają zagraniczne ligi. Bo czyż asem Liverpoolu nie jest Torres albo Arsenalu Fabergas? Mało tego, to są prawdziwe gwiazdy europejskiej piłki, których wartość liczona jest w wielu dziesiątkach milionów euro. Uff, wreszcie udało się nam znaleźć skromny duet mogący stanąć na przeciwko brazylijskich zastępów. Chociaż, o paradoksie, akurat w Anglii Brazylijczycy karier nie robią. No, może poza jednym z pierwszych - Juninho Paulistą, który w M'boro był naprawdę graczem pierwszorzędnym. Lecz gwoli ścisłości dodać powinnienem, że brazylijska historia zaczęła się tak naprawdę dopiero 15 lat temu.  Tak naprawdę od M'boro (po Juninho przyszedł tam Emerson). Pewnie, że co jakiś czas nowi Brazylijczycy trafiają do Anglii, lecz wciąż niewielu i zwykle albo drugiego sortu (Emerson Thome w Sheffield, potem Chelsea i Boltonie; Sylvinho i Edu w Arsenalu, teraz Fabio Aurelio i Diego Carvalho w Liverpoolu).

Elano i Jo z Manchesteru City szybko się wynieśli. Za to Anderson, Denilson i Lucas wciąż jeszcze są graczami na tyle młodymi, że nie ma co podsumowywać ich karier.

W samej zaś Hiszpanii Brazylijczycy grają po prostu cudownie. Romario, Ronaldo, Rivaldo, Ronldinho, Daniel Alves, Robinho, Roberto Carlos, Mauro Silva, Bebeto... to tylko część z listy znakomitości Primera Division.

WŁOSI

W Italii Brazylijczycy mają się jeszcze lepiej. Bo i tradycja kooperacji włosko-brazylijskiej jest najdłuższa. Sporo potomków emigrantów z Italii wracało jeszcze pod koniec lat 50. (jak legendarny mistrz świata z 1958 - milanista Mazola - trzeci najlepszy strzelec w historii Serie A). Inni jeszcze w czasach prehistorycznych podpisywali w Italii gwiazdorskie kontrakty (Julinho z Palmeirasu do Fiorentiny). I choć obcokrajowców w onych czasach w Europie w klubach oglądano niewielu, Brazylijczycy w Serie A zawsze mieli silną reprezentację.

Jest tak do dziś więc wymienianie nazwisk sobie daruję. W końcu same Milan, Inter, Juventus i Roma dają możliwość sklecenia mini reprezentacji Brazylii...

Włosi, podobnie jak Hiszpanie, z różnym skutkiem radzą sobie poza Italią. W Hiszpanii, poza Fabiem Canvarro, i pod koniec lat 90. Christianem Vierim, ponosili porażki. A próbowało swego czasu wielu. Pnucci w Realu, Zambrotta w Barcy, kilku w Valenci. Warto jednak wspomnieć, że Canavarro przyjeżdżał do Hiszpanii jako mistrz świata i opinią najlepszego stopera globu.

W Niemczech przykadów było naprawdę niewiele. Sięgam pamięcią do Rugerio Ritzitellego z Bayernu, który nieźle zaczął, potem zgasł, aż wreszcie szybko wrócił do domu.

Potem dopiero Luca Toni, który zadebiutował jeszcze lepiej i zgasł jeszcze bardziej spektakularnie. Koniec końców blado

Na szczęście w Anglii było dobrze. A w zasadzie w jednym klubie - Chelsea. Za czasów Glenna Hoddle, Ruuda Gullita brywalowali tam: Gianluca Vialli oraz Gianfranco Zola.

I znów trzeba przyznać, że przyjechali do klubu jako prawdziwe gwiazdy światowego futbolu. Vialli świeżo upieczony zwycięzca Ligi Mistrzów, swego czasu najdrożyszy piłkarz świata. Zola as Parmy, z którą wygrał Puchar Zdobywców Pucharów i puchar UEFA, piłkarz, którego Włosi porównywali do byłego kolegi z drużyny Napoli - Diego Maradony.

W owych czasach próbowali też utalentowani gracze pokorju de Matteo i Casiraghiego, lecz pewnie ze względu na kontuzje karier tak wielkich jak wspomniani wyżej nie zrobili.

Oczywiście, nie wspomnieć o Ravanellim i Di Canio byłoby grzechem. Bo przecież sporo pięknych goli dla West Hamu i M'boro strzelili. Ale czy były to kariery na miarę Rivaldo w Barcy czy Roberto Carlosa w Realu? Albo Cafu i Kaki w Italii?

W 2010 roku Włochów w Anglii jak na lekarstwo. A żaden nie błyszczy.

Otóż ów pobieżny przegląd historyczny pokazuje, że tylko nieliczni reprezentanci tych czterech znakomitych piłkarsko nacji dają radę robić równie wielkie kariery za granicą co na własnym podwórku. I na tym tle Brazylijczycy są ciekawym i specyficznym ewenementem, któremu równać mogą Francuzi, Holendrzy, Argentyńczycy ale nie przedstawiciele najsilniejszych lig!

 

20:49, brasileirao , Brazylia
Link Komentarze (5) »

Wczorajszy mecz na Vila Belmiro okazał się popisem chłopaka, który za tydzień skończy 18 lat. Neymar jeszcze raz przekonał, że jest jednym z najzdolniejszych zawodników Brazylii. Czarował dryblingami, świetnie podawał, wypracował bramkę na 1-0, sam strzelił na 2-0.

Słowem bohater zawodów. Że dryblował zbyt często? Młodość ma swoje prawa. Kiedy ruszy na podbój Europy trenrzey będą go do dryblowania zniechęcać. Szczególnie jeśli trafi na którgoś z Niemców.

Oglądając wczorajszy popis Neymara odniosłem wrażenie, że ów zawodnik kreowany na następcę Robinha postanowił popisać się przed mistrzem:)

Robinho już w przyszłą niedzielę spodziewany jest na boisku w meczu przeciwko FC Sao Paulo. Daj Boże, żeby lepiej niż wczoraj zagrał Paulo Henrique Lima. Obok Maicona, Diego Renana, Giuliano, Williama Magrao czy Taisona to jeden z moich ulubieńców spośród brazylijskiej młodzieży. Wczoraj zamiast biegać włóczył się po boisku. Ba, przesuwał się po nim! Nie nadążał za akcjami prowadzonymi środkiem boiska, a przecież grał środkowego pomocnika! Wczorajszy występ był po prostu tragiczny! Najgorszy w tegorocznym Paulistao. Czyli diametralie różny od neymarowego...

Fragmenty akcji Neymara jak zwykle prezentuje Globo:

 

12:35, brasileirao , Brazylia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 stycznia 2010

No, no... miała być wymiana na linii Manchester United - Olympique Lyon, a tymczasem jedna z brazylijskich gazet podała informację, że nie mogący dogadać się z Alexem Fergusonem Anderson negocjuje warunki wypożyczenia do Vasco da Gama lub Gremio Porto Alegre.

Informacja sensacyjna, jeszcze kika tygodni temu nieprawdopodobna, lecz po przejściu Robinha, powrotach Adriano i Vagnera Love, trochę innym okiem trzeba spojrzec na te rewelacje.

Spojrzałem i... dostrzegłem, że informacja pochodzi z bloga jednego z dziennikarzy z Porto Alegre.

Zatem, albo facet zadbał solidnie o autopromocję, albo Anderson obdarzył go zbytnim zaufaniem (zawodnik pochodzi z Porto Alegre, jest wychowankiem Gremio), albo wreszcie rozgrywkom brazylijskim udaje się odzyskiwać - głównie za sprawą polityki kadrowej Dungi - prestiż.

Piszę o Dundze, lecz nie zapominam o pieniądzach. Lecz czynnik Dungi uważam za ważniejszy. O co chodzi? Mianowicie, w 1994 roku Carlos Alberto Parreira oparł kadrę na zawodnikach grających w Europie (plus solidna reprezentacja Sao Paulo), jeszcze dalej poszedł Zagalo w 1998. Potem odkręcił trend Felipao, ale powrót CAP to powrót do idei, mówiącej, że najlepsi już z Brazylii wyjechali.

Dunga stawiając na Nilmara, Adriano, Sandro, Victora, Mirandę, próbując Diego Souzę, Diego Tardelliego, Klebera, Juana, Andre Diasa, Cleitona Xaviera i innych pokazuje, że docenia krajowe rozgrywki dostrzegając, że to tu mieści się kuźnia talentów, które potem zdobywają Europę.

20:40, brasileirao , Brazylia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 stycznia 2010

Messi wrócił do Afryki! I to ten Messi, który kiedyś grał w Wiśle Kraków;) Georges Parfait Mbida zwany Messim miał kiedyś epizod w smoczym grodzie, ostatnio za to ogrywał końce w beniaminku Liga Sagres - Olhanense.

Teraz przyjdzie mu grać dla Interclube Luanda. Za to nigeryjski Messi Felix Orode "porównują mnie do Okochy, chcę byc jak Messi" trafił z San Lorenzo do Nueva Chicago, czyli zaliczył równie polesny zjazd jak kameruński Messi. Bo nowy klub to argentyński drugoligowiec.

Szkoda, bo z tak wysokim poziomem samooceny powinien conamniej grać pierwsze skrzypce w Boca lub Sao Paulo...

 

czwartek, 28 stycznia 2010

Zamiast pisać ble, ble, ble... proponuję przejrzeć czołówkę oficjalnej strony Santosu:

http://santos.globo.com/

A potem kilka fajnych filmików:

- najpierw niezapomniana "Joga Bonito"

 

- potem najpiękniejszy drybling w jego wykonaniu (zastanawiam się czy nie jest to mój ulubiony drybling?):

 

- pedalada - trick, który dla Robinha jest tak charakterystyczny jak zęby dla Ronaldinha, gorzała dla George Besta; ta piękna przeciwko mistrzowi świata w barwach Barcelony:

 

Robinho wrócił! No, to teraz ze spokojnym sumieniem idę oglądać w akcji Sergio Aguero, kolejenego z moich ulubieńców:) Czy polonets, już uwierzył?:))))

18:30, brasileirao , Brazylia
Link Komentarze (6) »
środa, 27 stycznia 2010

Rede Globo jest największym na świecie producentem filmowych tasiemców. Pamiętam, że jeszcze przed kilkoma laty polscy twórcy filmowi drwili z tego gównianego wkładu Ameryki Południowej do światowej kinematografii. Dziś gros z nich sama w podobnym badziewiu bierze udział.

W ckliwym melodramacie na 2 000 000 odcinków powinien zagrać też Robinho. Uwielbiam tego chłopaka - tak jak prawie wszystkich nieokiełznanych dryblerów (nazywanych wśród dziennikarzy sportowych i piłkarzy "rzeźbiarzami"), za wyjątkiem Kerlona, którego areną jest cyrk a nie piłkarskie boisko - ale trzeci odcinek epopei pn. "Sprzedają człowieka" trochę już męczy.

Pewnie, że cieszę się, że ma przejść akurat kiedy będę mieszkać w Santosie. Kupię sobie piękną koszulkę z "10 Robinho" (liczę, że Giovanni odda mu numer), albo "7 Robinho" (Neymar to jeszcze gówniarz więc tym bardziej numer oddać powinien) i zakładać ją będę pod mój niedzielny ancug, kiedy będę z rodziną szedł do kościoła.

ALE podejrzewam, że to właśnie na filmach Rede Globo uchował się brazylijski as. Co transfer to serial na miesięczne pisanie we wszystkich gazetach świata. I tak było jeszcze zanim przeszedł gdziekolwiek!

Jak Robinho w świat wyjeżdżał

Jakieś siedem lat temu mój przyjaciel laszpio wyrychtował mi piękne strony internetowe ligahiszpanska.pl i ligawloska.pl. Pisałem tam sobie o futbolu z Hiszpanii i Włoch, ale głównie o Argentyńczykach i Brazylijczykach. Wtedy to właśnie pierwszy raz dane mi było popisać coś o chuderlaku z Santosu.

Miał 19 lat dryblowal jak szatan wcielony! Chciało go Lazio. Ale Lazio, które jeszcze chwilę wcześniej szastało kasą jak dziś Manchester City, a wczoraj Chelsea, właśnie straciło prezydenta. Poszedł on do paki za m.in. przekręty finansowe związane również z handlem graczami (proceder byl mniej więcej taki: Cirio sponsorowalo Lazio, a Parmalat Parmę i największe kluby w Ameryce Pd. Odydwa koncerny to giganci przetwórstwa spożywczego. Z tej racji, że wartość gracza jest tak naprawdę niepoliczalna i uznaniowa, kluby "z sieci" Parmalatu "rozliczały" sobie różne interesy z Cirio za pomocą transferów piłkarskich).

Tak to Lazio (i Parmę też) zeżarły kłopoty finansowe, a Robinho został w Santosie.

Ba, pierwszy Santos opuścił Diego, który w Santosie nigdy statusu Wielkiej Gwiazdy się nie dorobił (młody, zdolny, uatlentowany to jeszcze nie GWIAZDOR). Robinho przymierzany do Barcelony w 2004 roku, w 2005 wylądował w ... Madrycie.

Mrożące krew w żyłach były też opowieści o jego przejściu do Chelsea. W końcu trafił do Anglii, lecz nie do Londynu a do Manchesteru. Jeszcze pod koniec ub. roku roku miał być jedną nogą w Barcelonie. Teraz jest już o krok od Brazylii (rano na 90%, popołudniu na 95%, a kiedy piszę ów wpis, Globo pisze, że na 98%... jak oni to liczą?!).

Żarty żartami, a prasa donosi

Co i jak w jego sprawie? Lektura kilkunastu głównych sportowych portali i gazet z Brazylii, Hiszpanii, Anglii i Portugalii mówi co następuje:

- pewnym jest, że Robinho chce odjeść z MC, a klubem, w którym chce grać jest Santos;

- pewnym jest, że Santos też bardzo go chce, ale czy chcieć znaczy móc;

- bo pewnym też jest, że Robinho zarabia tygodniowo 160 tys. funtów, czyli 39 mln zł rocznie, a to jak jest o ok. 90% więcej niż wyciska z Corinthiansu największy piłkarski krezus na brazylijskich boiskach;

- jednak prawdą też jest, że Robinho zgodzi się na 50% redukcję pensji, bo aż tak wiele nie straci, chodzi bowiem tylko o luty, marzec, kwiecień i maj, góra czerwiec, zatem 50% z 5/12, czyli raptem 20% rocznego wynagrodzenia;

- Santos ma jednego albo dwóch konkurentów do nogi Robinha: FC Sao Paulo i (być może Benficę);

- nie jest prawdą, że o gracza stara się Barcelona, która ogłosiła zamknięcie negocjacji już miesiąc temu, a w przeddniu wyborów nowego zarządu klubu, nikt nie będzie szastać milionami euro.

Możliwe są zatem scenariusze następujące:

Robi wraca do Santosu, gdzie przygotowuje się do mundialu. Wszyscy są szczęśliwi. Synek wrócił do domu, dom w zamian odda Manchesterowi Paulo Henrique Limę lub Neymara.

Lub też Robinho robi biznes na prawach do wizerunku Santosu, jak Ronaldo na Corinthiansie.

Albo, Petrobras, który odkrył na oceanie, niedaleko Santosu, nowe złoża ropy naftowej wraca do koszulkowej gry. Zniknęli z piersi Flamengo. Wracają na klatach Santosu.

- Dajemy Wam pracę (a roboty przy tej ropie ponoć będzie w bród), dajemy Wam rozrywkę - brasileirao.blox.pl już układa slogan dla petropotentata.

Albo.

FC Sao Paulo wypożyczają Robiego. Jedyni w Brazylii mają na to kasę. Jedyni mają infrastrukturę i sztab na miarę czołowych klubów w Europie (Brazylijczycy z Europy na czas kontuzji czy wakacyjnych przerw trenują w CT Sampy, np. Bordon z Schalke, Roberto Carlos po przejściu do Fener, czy Kuranyi też z Schalke). No i udało się im już raz wypalonego gwiazdora na nogi postawić - Adriano w 2008.

Klub, którego roczny budżet jest na poziomie wyższym niż np. Anderlechtu stać na jednorazowe szaleństwo. W końcu Robinho może tylko podbić cenę kontraktu koszulkowego, który wciąż nie został podpisany (poprzedni z LG dawał ok. 5,5 mln euro rocznie, z nowym asem może być znacznie lepiej).

Albo.

Benfica zastawia jeden z tuzinów Brazyliczyków, których ma na kopy. Zbiera kasę i wypożycza ... kolejnego Brazylijczyka. Ta opcja jest najbardziej nieprawdopodobna i pojawiła się w "The Independent". Ich niezależność wywodzi się - jak mniemam - od niezależności od używania mózgownicy. Po pierwsze, najlepiej opłacany piłkarz ostatniej pięciolatki w Portugalii dostawał 2 mln euro rocznie! To jest 1/5 tego co dostaje Robinho, który w przypadku Benfici raczej tak chętnie jak w przypadku Santosu gaży nie odpuści.

Po drugie, po co im drogi Robinho na lewą flankę, skoro zaledwie 21-letni Angel Di Maria gra wręcz bajecznie. A kasa jaką Benfica może za niego wyciągnąć pozwoli im na zakup kolejnego tuzina zdolnych Brazylijczyków, z których połowę od razu za dobre pieniądze wypożyczą... do innych brazylijskich klubów!

A po trzecie, przyjrzał się tam kto ilu oni mają graczy ofensywnych w kadrze? Czy Jorge Jesus chociaż zna ich wszystkich po imieniu?

Albo.

Nici z tego wszystkiego wychodzą. Robek zostaje w Manchesterze. Jest wprawdzie bardzo nieszczęśliwy, ale Rede Globo proponuje mu kontrakt na rolę życia. W Rio sfilmują jego nieszczęsny los. Cała Brazylia w środku tygodnia ok. 20 śledzić będzie jego losy. A po serialu, jak zwykle, następna kolejka Brasileirao (dla niewtajemniczonych - mecze w środku tygodnia za sprawą Globo grane są dopiero po ichnich serialach). A w niej Neymar - "nowy Robinho", którego już latem miał kupić Manchester United, a teraz oko na niego ma Milan...

 

01:44, brasileirao , Brazylia
Link Komentarze (2) »
wtorek, 26 stycznia 2010

Alex Silva już jest graczem Sao Paulo i nawet dziś pofatygował się na pierwsze spotkanie z trenrami. Cleber Santana (do tej pory półtora sezonu w Atletico Madryt, plus jeden sezon w Mallorce) jest już graczem formalnie, ale na pierwsze treningi z jego udziałem trochę poczekamy.

Za to Cicinho chyba jednak nie zobaczymy. Najpierw jego agent powiedział, że strony nie doszły do porozumienia w sprawie pensji zawodnika. A dosłownie przed chwilą Terra opublikowała informację, że vice-prezydent Sao Paulo ds. sportowych stwierdził, że strony "bardzo się oddaliły i jest pesymistą" w kwestii powrotu Cicinha.

Ja też się z tego powodu nie cieszę, bo bardzo lubię grę tego gracza, nawet jeśli ten sezon w Romie ma nieudany.

A swoją drogą, enty ofensywny zawodnik (Cleber Santana) mnie zadziwia, w kontekście braku przyzwoitych bocznych obrońców, co w przypadku przejścia z 3-5-2 na 4-4-2 wydaje się wręcz zdumiewającą niefrasobliwością działaczy i trenera.

Rogerio Ceni (sic!) rzekł nawet na łamach prasy, że Alex Silva powinien graćlewego obrońcę! Mam jednak nadzieję, że jeszcze nie on ustala skład i rodziela role w drużynie...

A co z lewą, gdzie przerabiany na defensora 31-letni Jorge Wagner męczy się koszmarnie? Może z Argentyny ściągnąć posiłki. Przecież tam dobrych zawodników na tej pozycji nie brakuje.

Może za to zabraknąć - i chwała Bogu - Hernanesa, którego impresario powiedział o trzech propozycjach pracy w Europie. A jedźże chłopie w dal! Po słabym Brasileirao 2009 sądzę, że głowa tego młodzieńca już od dawna buja o Hiszpanii czy Italii...

21:13, brasileirao , Brazylia
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23